niedziela, 29 marca 2015

10. " Hidden in the sun, for when the darkness comes"

Hidden in the sun, 
For when the darkness comes.
 ~ 
Ukryty w słońcu, 
Gdy nadejdzie ciemność.
~ Colbie Caillat - When The Darkness Comes

Dziewczyna patrzyła w niego jak ciele na malowane wrota. Nie mogła nic powiedzieć, a jej wzrok nie przedstawiał niczego. Zero jakiejkolwiek odpowiedzi. Jedyne, co można było wyczytać z jej tępego spojrzenia to zaskoczenie. Tak ogromne zaskoczenie, że wywołało paraliż całego jej ciała, nawet języka. W ustach miała sucho, chciało jej się kaszleć. Oczy bolały od wytrzeszczania, ale nie mogła przestać się w niego wpatrywać. Pyszczek miała cały czas otworzony, jakby szykowała się do powiedzenia czegokolwiek, ale coś skutecznie jej na to nie pozwalało.

Blondyn natomiast wyczekiwał jej reakcji z obawą, ale i jednocześnie frustracją. Nie denerwowała go cisza ze strony brunetki, ale niemoc zrobienia czegoś w kierunku dowiedzenia się, co kotłuje się w jej głowie. A obijały się tam różne myśli. I nie koniecznie cenzuralne.  W końcu jednak dwudziestolatka zamknęła buzię, a jej oczy powróciły do normalnej wielkości. Nadal jednak dokładnie lustrowały chłopaka. Po kilku minutach czekania w jego uszach aż zabrzęczało od donośnego, choć wymuszonego śmiechu.

- Co cię tak śmieszy? – zapytał marszcząc brwi. Nie spodziewał się bowiem  t a k i e j  reakcji z jej strony.

- Och, no bo… - dziewczyna krztusiła się śmiechem próbując cokolwiek powiedzieć - … Ja nie sądziłam, że… - tu urwała widząc poważną minę rozmówcy. Odchrząknęła i usiadła prosto. Zdmuchnęła z oczu brązowy kosmyk włosów, który zapodział się na jej twarzy i kontynuowała z zakłopotaniem – Em… No bo…. Jak robi się zbyt poważnie, albo nie wiem co powiedzieć, to się śmieję. Zazwyczaj działa, ale… - podrapała się po karku i jeszcze raz odchrząknęła, aby opanować głos. Po chwili mówiła znów swoim rzeczowym i beznamiętnym tonem. – Jak widać nie tym razem.

- Powiesz coś? Na temat mojego zapytania – blondyn nie zwracał uwagi na jej poprzednią wypowiedź, tylko przechylił głowę na bok i czekał na wyrok śmierci. Bo jeśli ona się nie zgodzi ojciec na pewno go zabije.

- Zapytania? Ale co mam… - nagle jej twarzy wykwitł grymas. Wyglądała, jakby wzięła do ust superkwaśną cytrynę. – To ty to tak na poważnie… - zmarszczyła nos, po czym westchnęła głęboko. Schowała twarz w dłoniach. – Ja cię nawet nie lubię – na te słowa blondyn zachłysnął się powietrzem. Jego oczy, które przybrały na objętości wpatrywały się w nią uporczywie. – A co ty myślałeś? Nie, nie lubię cię. Nienawidzę być zależna od kogoś, a w tym momencie jestem od ciebie.

- Ale… Jestem twoim szefem, to chyba oczywiste, że jesteś ode mnie… - tutaj przerwała mu z wyczuwalną urazą.

- Może dla ciebie jest to oczywiste. Ja nie po to przygramoliłam się tu z Włoch, żeby teraz słuchać dyktatury innych – uniosła głos, a po jej minie można było wywnioskować, że nie była zbyt szczęśliwa uwagą blondyna. A ten nawiasem mówiąc uśmiechnął się drwiąco w jej stronę.

- Uciekłam – jego przesycony jadem ton przeszył jej ciało wzdłuż kręgosłupa pozostawiając szlaczek stojących dęba włosków.

- Tak – przyznała, kiedy była w stanie cokolwiek powiedzieć – Nie po to uciekłam.

-Ale tu nikt nie stosuje dyktatury – znów na jego twarz wstąpił ten sam, denerwujący wyraz. Gdy brunetka otworzyła usta, aby coś powiedzieć szybko przerwał jej ciągnąc swoją kwestię dalej – I poprzedzając twoje pytanie: Vanka mi powiedziała. Swoją drogą, niezłe z ciebie ziółko. Żeby z własnego domu zwiać. Czemu akurat Stany? Chciałaś zrealizować marzenia lat dziecięcych? Włosi ci nie wystarczyli?

Uraził ją tym. I nawet nie wiedział jak. Gdyby była zwykłą dziewczyną na pewno popłakałaby się przed nim, albo ze szlochem wybiegła z pokoju. Ale nie ona. Ona nie była zwykła i dobrze o tym wiedziała. Niestety on nie wiedział. Działał pod wpływem emocji, a te przy niej nie zawsze były one mu znajome. Raz przyprawiała go o ból głowy, drugi raz obłęd. Tym razem jednak irytowała go. A on mówił to, co złość uważała za właściwe, a rozum – zabójcze.

- Jakbyś jeszcze nie pamiętał, to przed chwilą mi się oświadczyłeś. A ja nie powiedziałam „tak”, ani nie powiedziałam „nie”. Ale jak na razie wszystko przychyla się ku drugiej opcji – wyszczebiotała z nieukrywaną satysfakcją i zamiatając włosami ruszyła w stronę korytarza kręcąc biodrami. Zanim jednak nacisnęła klamkę odwróciła się jeszcze w jego stronę i z kpiącym uśmiechem dodała – Pojadę taksówką – po czym bardzo kulturalnie pokazała mu środkowy palec i wyszczerzyła się poi raz ostatni- Pieprz się, Lynch.

***
- Och, ale że dzisiaj? Tak wieczorem? – dopytywała szatynka równocześnie mrucząc pod nosem kolejne zdania z książki kucharskiej i automatycznie rozgniatała rękami ciasto.

- Tak, chyba, że jest jakiś problem – odezwał się głos po drugiej stronie, a kobieta mlasnęła na to cicho. Wzięła telefon do obmączonej dłoni, a głowę skierowała ku kalendarzowi. Przejechała po nim wzrokiem, aż zatrzymała się na teraźniejszej dacie. „Nic nie zapisane i nie przypominam sobie, żeby coś było zaplanowane” – powiedziała w duchu i wróciła do rozrabiania ciasta.

- Nie, nie ma problemu. Ale zdziwiło mnie to, że to ty dzwonisz, a nie moja siostra – przyznała z i zaśmiała się krótko – Myślałam, że to ona się wprosi, a nie jej przyjaciółka.

- Lau nie wychodzi z pokoju, jak przyszłam, to czekała tylko na kanapie z przygotowanym obiadem. Potem najzwyczajniej w świecie poszła do siebie i do tej pory nie wychodzi. Pomyślałam, że…

- Że taki wypad dobrze jej zrobi. Może i tak, ostatnio dużo się wydarzyło. – wtrąciła ciemnowłosa i podeszła do szuflady, aby po chwili wrócić na miejsce z nożem w ręku. – A tak z innej beczki. Chyba podobasz się Sethowi. Ostatnio ciągle o tobie mówi – uśmiechnęła się do telefonu.

- Teraz, to j mam do zaliczenia matmę, nie Setha – odparł jej głos po drugiej stronie, również rozbawiony.

- Tak, tak, tak… Matmą się zasłaniaj, masz rację – z wyszczerzonymi zębami przeturlała kilka razy ciastem po desce i zachichotała cicho.

- A żebyś wiedziała! – zbulwersowała się Reachel, która próbował opanować śmiech na siedząc na kanapie w domu dziewczyn i oglądając jakąś ciągnącą się w nieskończoność telenowelę. – Ricardo! O ty komodowski waranie! Ja ci zaraz dam ją lizać, ty przebrzydły szturmowcu! Co ja o szturmowcach?! – pisnęła blondyna pchając do buzi popcorn i emocjonując się filmem.

- Co oglądasz? – zarechotała szatynka tnąc ciasto na równe kawałki. Na te słowa Reach zmarszczyła lekko nos i wymruczała do słuchawki:

- Nie wiem – powiedziała to tak olewczo, że jej rozmówczyni zaniosła się głębokim śmiechem – Ale to nie usprawiedliwia Ricarda! A nie, sory, ta lafirynda to jego żona… - dwudziestolatka westchnęła głośno i włączyła głośnomówiący. Potem oparła się na poduszkach, a komórkę zostawiła na ławie. – Poczekaj chwilkę, sprężyna mi się wbija w tyłek – zaskrzeczała i wyciągnęła spod pupy sprężynkę poczym wzruszyła ramionami. W tym samym momencie drzwi pokoju obok zaskrzypiały, a czujność blondyny kazała jej niezwłocznie odwrócić się w tamtą stronę – Hej, Vanka, będziemy o siódmej, ja idę pogadać z Lau – rzuciła szybko a poważnie i rozłączyła się.

- Gadałaś z Van? – w uszach Logan aż zagrzmiało od ostrego głosu przyjaciółki. Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- Tak. Wprosiłam nas na siódmą, na kolację – odrzekła i w mgnieniu oka wstała z kanapy, ówcześnie wyłączając telewizor – Coś się stało? – podeszła do brunetki i przekrzywiła głowę tak, że teraz patrzyła na nią w poziomie.

- Nie, w sumie, to nic – głos Lau nie był już cięty, lecz normalny. Przez chwilę… - Oprócz tego, że musiałam iść do domu na piechotę, prawie spaliłam mieszkanie, Ross mi się oświadczył, ptak nakupał na nową torebkę… - zaczęła wyliczać na palcach,  ale współlokatorka przerwała jej na czterech. A raczej trzech i pół…

- Ross ci się oświadczył?! – blondynie zabrakło powietrza i o mało co nie zemdlała. Jej oczy wielkości orbit wywiercały teraz w Laurze mentalną dziurę, a ona spokojnie robiła sobie herbatę.

- Chciał ze mnie zrobić narzeczoną do wynajęcia – prychnęła i wyjęła z szafki kubek. Czajnik postawiła  na kuchence, włączyła gaz, do kubka wsypała cukier i włożyła woreczek z herbatą, a Reachel nadal milczała i w niepokoju przyglądała się jej czynnością.

- Zgodziłaś się? – wypaliła w końcu.

Uzyskała szybką odpowiedź:

- Nie zaprzeczyłam, ani nie potwierdziłam.

- A zgodzisz się?

Na te słowa brunetka uśmiechnęła się zawadiacko.

- Zależy, ile da.

***

- Riker, ty cioto, pospiesz się! – wrzeszczała blondynka krzątając się po kuchni w poszukiwaniu ścierki. Gdy znalazła już to, czego szukała szybkim krokiem ruszyła w stronę salonu.

- Ciociu, a co to znaczy ciota? – dopytywał się mały Nicki wlepiając w nią swoje wielkie ślepia. Na to kobieta przystanęła na chwilę i spojrzała na malca z zakłopotaniem.

- Ryd, ty cymbale, nie ucz moje dziecka słów, których nie powinien znać! – wrzasnął jej brat wybiegając z łazienki. Był owinięty ręcznikiem o pasa w dół, a po ciele spływała i kapała na podłogę woda.

- Ty męska prostytutko, panele zaoczysz! – wrzasnęła przerażona Rydel i walnęła brata ścierką.

- Dziwka! – dało się słyszeć przez zamknięte, łazienkowe drzwi.

- Alfons! – dorzuciła młoda Lynch, zanim mały Nicki został odciągnięty  do kuchni przez mamę.
- Idioci mi dziecko zrujnują – mruknęła pod nosem Vanessa, ale zaraz po chwili uśmiechnęła się uroczo do synka. – Cieszysz się, że poznasz ciocię? – zagadnęła z radością i złapała chłopaczka za rączki.

Mały nadymał policzki i spojrzał na nią spod rzęs.

- A jak mnie nie polubi? – zapytał z nieudawaną obawą. Na to jego mama jeszcze szerzej się uśmiechnęła.

- Polubi, polubi. Wiesz, że jak rozmawiałyśmy, to więcej razy pytała o ciebie, niż o to, co u mnie? – brunecik zachichotał i uciekł do salonu, gdzie czekał na niego dziadek z wielkim lizakiem. Na ten widok Vanessa zaśmiała się krótko. Zaraz jednak spoważniała i z westchnieniem spojrzała  na obraz za oknem.

- Van, wiesz, ja będę się zbierał – zza kuchennych drzwi wyłoniła się blond czupryna szwagra dziewczyny.

- Reach napisała, że możesz tak powiedzieć, a ja mam cie nawet siłą przetrzymać do jej przyjścia – wyznała i odwróciła się z grozą w stronę Rossa. – A ja mam zamiar dotrzymać słowa, bo jak o ładnie ujęła: chcesz „prostytuować” moją siostrę – burknęła zła i posłała mu mordercze spojrzenie.

- Tak ci napisała? – pisnął dwudziestolatek starając się brzmieć, jakby uważał to za słaby żart. Nie udało mu się.

- Tak, a ja się pytam, o co ty do jasnej cholery wyprawiasz, Lynch?! – szatynka wściekła się nie na żarty. Co z tego, ze jej siostra zwiała z własnego domu i przez pięć lat nie dawała znaku życia? To jednak jej siostra.

- Pamiętaj, ze masz to samo nazwisko, co ja. A tak nawiasem mówiąc, to obie mówicie do mnie po nazwisku, jak jesteście wkurzone. To genetyczne, czy jak? – zachowując się jak niedorozwinięty idiota próbował złagodzić nieco stan bratowej, ale wyszło mu na odwrót.

- Najwidoczniej – fuknęła i wymijając go ruszyła w stronę teściów okupujących kanapę.

Blondyn przeklął pod nosem i poszedł w jej ślady. Nie zdążył jednak nawet wejść do salonu, kiedy po całym domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Stormie i Van podniosły się w tym samym momencie.

- Przepraszam, zapomniałam, że ty tu jesteś panią domu – uśmiechnęła się czterdziestoparolatka i wróciła na miejsce.
Szatynka z uciechą poszła w stronę przedpokoju i z radością otworzyła drzwi. Gdy jednak zobaczyła tam czerwoną ze złości twarz blondyny zrzedła jej mina.

- Zawołać Rossa? – zgadła i krzyknęła w głąb pomieszczenia, aby chłopak do niej przyszedł.

- Co tam znówwww…. Reachel? A co ty taka nie w humorze? – zaśmiał się pod nosem i podszedł bliżej. Natomiast Logan przymrużyła wpieniona oczy i pociągnęła blondyna za rękaw do siebie tak, że stykali się nosami.

Jej purpurowa twarz przeraziła dwudziestolatka, aż przełknął ślinę.

- Lau ci powiedziała? – wydukał z miną mówiącą „Nie bij”.

- A powiedziała – Reach zazgrzytała zębami i gdyby nie szarpnięcie przez Laurę z blondyna zostałaby tylko kupka gruzu.

- Reach, daj spokój. Nie ma co się przejmować palantem – ostatnie zdanie brunetka wypowiedziała patrząc jadowicie na blondyna.

- Zmówiłyście się na mnie, czy jak? – pisnął Ross odchylając głowę na bezpieczną odległość od wszystkich trzech pań.

- Zamknij się, albinosie – warknęła wściekła Logan, na co Ross zaskomlał. – Jak mamy to zrobić, to godnie i z klasą – dodała po chwili, nieco uspokojona. – Ale najpierw kilka ważnych spraw. Po pierwsze, blondyno: jak się komuś oświadczasz, to potem nie wypominasz mu, ze uciekł z domu, bo -a- to niegrzeczne i frajerskie –i b- nie wiesz nawet, cymbale, dlaczego zwiała – warknęła mu prosto w twarz, ale zaraz opanowana ciągnęła dalej – Po drugie: masz tu listę żądań wstępnych – podała mu kartkę, która została obdarowana przez niego przestraszonym spojrzeniem. – Kolejna rzecz: jedziesz z bratem po pierścionek, ma kosztować niewiadomo ile, jasne? Po czwarte: ona wszystkim zarządza, koniec, kropka. I na finiszu: wynajmiesz nam mieszkanie. To wszystko, możesz się oświadczać – zakończyła Reachel z triumfem kiwając głową.

- A ja mam tu może coś do powiedzenia? – wtrąciła Lau, ale została zgromiona siostrzanym wzrokiem. – Tak tylko sugeruję – rzuciła na usprawiedliwienie i potulnie  spuściła głowę.

- Trzy miesiące i rozwód. To będzie najlepsze rozwiązanie – Van popatrzyła na przyszłe narzeczeństwo z rozkazującym wzrokiem.

- Jeśli najpierw nie wydrapię mu oczu – burknęła cicho Laura.

~*~*~*~*~*~*~
Hej!
Powracam do was z nowym rozdziałem, którego końcówka pisana na szybko, bo chciałam już go wstawić. Przepraszam za błędy, ale nie chciało mi się sprawdzać.
A wiec tak: jak widzicie, postanowiłam kontynuować tą historię i myślę, że nie będzie większego obruszenia z tego powodu, bo większość z was… A raczej każdy, kto skomentował dał mi niezły ochrzan za takie pomysły, jak usuwanie, czy kasowanie. Dziękuję wam bardzo, podnieśliście moją samoocenę i to znacznie :)
Mam nadzieję, że podoba wam się ta opowieść i że będziecie ją czytać i śledzić aż do samego końca.

A tak z innej beczki: Kto oglądał KCA? Bo ja nie, ale na szczęście nasi wygrali! Brawa dla A&A, Laury i Rossa! Tak, kochani, wygrali! Do tej pory nie mogę uwierzyć!

Cytat z tytułu to cytat z mojej ulubionej piosenki z DARÓW ANIOŁA. Kocham ją i polecam, bo jest wspaniała. Przy niej płakałam i śmiałam się, kiedy moja Juliett mnie pocieszała. Dlatego też Ci dedykuję, bo bardzo mi pomogłaś się pozbierać po tym wszystkim :*

A więc, do napisania, mam nadzieję jak najszybciej.

PS.: W środę egzamin, trzymajcie za mnie kciuki!

I przy okazji: Powodzenia, Wiktoria Martin, ciebie też to czeka, ni? ;)

Przepraszam, że takie to krótkie i nijakie, ale miałam ostatnio dużo problemów osobistych :)


Jak się podoba nowy nagłówek???

wtorek, 10 marca 2015

Zawieszam bloga!

Tak, jak napisałam zawieszam tego bloga. Nie wiem, czy jeszcze wrócę, ale po prostu.... No, chyba historie nastolatków lepiej mi wychodzą. Jestem teraz chora i siedzę w domu, więc mam czas na pisanie, ale co otworzę folder z Love Grow Slowly zaraz go zamykam. Nie umiem jak na razie nic napisać. Może też zdałam sobie sprawę, że do tej pory blog miał wiele wspólnego z blogiem Mary Jane. Albo mogę jeszcze usunąć wszystkie rozdziały i zacząć od początku z nieco inną historią, ale dość podobną. Nie wiem, jak chcecie, ale kom Nie kulturalnej dał mi dużo do myślenia. Masz rację, jest tu dużo treści, które były podobne na blogu Mary, a ja nie chcę  być z nią kojarzona, albo bawić się w plagiat. Nie, co to, to nie, nie mam takiego zamiaru. Jak na razie blog będzie zawieszony, a ja poczekam na wasze odzewy i zdecyduję, co dalej. Może jak mi się uda coś napisać, to to wstawię, ale możecie być pewni, że jeśli bym coś napisała, to dziewiątka była ostatnim rozdziałem, który mógł wam się kojarzyć z Written In The Stars. No cóż. Nie wiem, co jeszcze mogę napisać. Chyba tyle, ze czuję skruchę i zawroty głowy i chyba zaraz fiknę przed lapkiem.
A więc mam nadzieję na wasz szybki odzew.
Poczekać, zacząć od nowa (nie wiem, kiedy bym zaczęła), czy dać spokój i usunąć?
Piszcie, co sądzicie.
~ Alex


niedziela, 8 marca 2015

9. "One must feel chaos within, to gi­ve bir­th to a dan­cing star.

"One must feel chaos within, to gi­ve bir­th to a dan­cing star." ~ "Po­wiadam wam; trzeba mieć chaos w so­bie, by na­rodzić tańczącą gwiazdę."
~  Fryderyk Nietzsche

 Bardzo proszę, abyście pytania umieszczali w zakładce "Pytania"!!! + Zapraszam do zakładki "Bohaterowie", gdzie znajdziecie tego bohatera, o którym niedawno mówiłam :)

Laura siedziała właśnie na kanapie i grzebała w swojej torebce w poszukiwaniu rękawiczek, kiedy w pokoju rozległ się odgłos pukania. Zdziwiona brunetka ruszyła w stronę drzwi i otworzyła je ze zmarszczonymi brwiami.

- Hej, idziesz już? – zapytał chłopak stojący po drugiej stronie. Dziewczyna przygryzła lekko wargę i rozmyślała nad odpowiedzią.

- Chyba tak. Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko – uśmiechnęła się delikatnie. – Nie ma już dużo pracy, więc pomyślałam, że w końcu zrobię obiad. Chińszczyzna mi się przejadła – zaśmiała się krótko i przepuściła chłopaka w drzwiach.

- Nie, nie mam nic przeciwko. Ale pomyślałem, że mógłbym cię podwieźć – zaproponował radośnie spoglądając w jej stronę.

Ta ze zdziwienia upuściła szminkę, którą dzierżyła w dłoniach. Speszona szybko podniosła ją z podłogi i wsadziła do kieszeni dżinsów.

- Emmm.. Okay?

- Super. Przygotuj się, a ja jeszcze mam coś do załatwienia u ojca – oznajmił i już miał wyjść, kiedy zatrzymał go roześmiany głos Marano.

- Idziesz uskuteczniać swój plan, co nie, Ross? – zaśmiała się jedwabiście. Kiedyś powiedziałaby, że firma jest paranoją blondyna, ale obiecała sobie go nie osądzać.

- Znamy się tydzień. Nie podoba mi się to, że tak dobrze mnie znasz – Lynch zmrużył oczy i podszedł bliżej brunetki. – Czemu ja nie znam jeszcze ciebie?

- Żeby mnie poznać, trzeba sobie zasłużyć – pokazał mu język, na co on przewrócił teatralnie oczami. – A co? Ubolewasz z tego powodu? – dodała po chwili nie zaprzestając chichotania.

To nie tyle wpieniło blondaska, ile go nakręciło. Podszedł o niej jeszcze bliżej. Ona opierała się plecami o biurko, a on kładąc na nim ręce uwięził ją w mini klatce. Uśmiech zniknął z jej twarzy.

- Bardzo – zamruczał.

Laurę przeszły ciarki. Wkurzał ją sposób, w jaki on na nią działał tym bardziej dlatego, że nie umiała nic na to poradzić. Włoski zjeżyły jej się na karku, gdy sięgnęła dłonią po coś na biurku i zetknęła się ze skórą blondyna. Przeklęła w myślach i odchrząknęła.

Nagle potrząsnął głową, jakby wybudzał się z transu. Zabrał ręce z biurka i ze spuszczoną głową odszedł parę kroków. Już miał przekroczyć próg kiedy odwrócił się na pięcie i wyszczebiotał:

- Cholera, przepraszam cię. Nie wiem, co we mnie wstąpiło.

I zniknął zostawiając ją samą.

***

- Hej tato, mam do ciebie małą sprawę – zaczął ostrożnie blondyn wchodząc do gabinetu.

Serce waliło mu jak dzwon i zastanawiał się, czy słychać je na drugim końcu pokoju. Przejechał spoconą dłonią po czole odgarniając grzywkę. Pojedyncze włosy przylepiły się do czoła przybierając ciemniejszą barwę. W gardle stanęła mu wielka gula, a z każdą sekundą od nowa interpretował rozmowę, jaką miał zaraz przebyć z ojcem. Czuł się jak winny idący na rozprawę sądową. Bał się, że jego plan nie wypali i Mark na poważnie się na niego wkurzy.

- O, hejka Ross – chłopak sam nie wiedział, co bardziej go zdziwiło. Wesoły ton taty? „Hejka” w środku zdania? Czy fakt, że Mark siedział w sowim fotelu i robił coś na telefonie z niemałym uśmiechem?

- Mam… Do ciebie sprawę – wziął wdech i ze zniecierpliwieniem czekał na reakcję z drugiej strony.

Pan Lynch podniósł na niego wzrok. Z widoczny, grymasem schował komórkę do kieszeni spodni i poprawił się na siedzisku. Przeszył syna nieodgadnionym spojrzeniem i oparł dłonie na kolanach. Skinieniem głowy pokazał, aby młody usiadł naprzeciw.

- Jaka jest ta twoja sprawa? – zagadnął pełen powagi. Nie do wiary,  że jeszcze przed chwilą z uśmiechem pokonywał kolejne plansze Flappy Bird.

- Emmm… Jakby ci to… - Ross podrapał się zakłopotany po karku. Wlepił wzrok w ścianę, a raczej w zdjęcie na niej się znajdujące. Złożył ręce i starał się sklecić jakieś znanie nie brzmiące, jak „Eeee… no… Bo ten…”. Przeczesał blond włosy spoconą dłonią, przycupnął z rękami na kolanach i wydął policzki. – Myślałem nad tym, co powiedziałeś o mnie i firmie – wyrzucił w końcu. Czekał na wybuch rodziciela, ale się go nie doczekał. Mark patrzył na niego ze zdziwieniem i rozbawieniem wymalowanym na twarzy. Ross już całkowicie zbity z tropu dodał – No, o tym ślubie i w ogóle.

- Ach… Ja cię… - ciągnął pan Lynch próbując nie wybuchnąć śmiechem. Co chwilę prychał i przypadkowo pluł próbując powstrzymać atak. Po chwili poddał się i zaniósł głębokim i donośnym śmiechem.

 Jego syn przeszył go niedowierzającym wzrokiem. Wybałuszył oczy, a jego paszcza znalazła się na podłodze. Gdy zebrał ją już z podłogi przemówił nieobecnym glosem:

- Ja myślałem… Co cię tak śmieszy?

- Ty… Ty… Ty myś… Myślałeś… - i znów wybuch ze strony Marka. Teraz Ross na serio się wkurzył i ryknął na ojca. On natychmiastowo się ogarnął i odchrząknął – Ciągnij… Co, przemyśl… Przemyślałeś..?

- A więc… Zrozumiałem, dlaczego tak ci zależy…

- Tradycja nalega – wtrącił Mark. Blondasek przytaknął i ciągnął dalej.

- Dlaczego  t r a d y c j a  nalega, abym najpierw się ożenił, a dopiero później przejął firmę…

- Nie no, ty? Zrozumiałeś? Okay, mów, o co ci chodzi, bo nie mam bladego pojęcia. Chcesz na obiad pierogi na słodko, to mamie słódź, a nie mi – czterdziesto parolatek wygiął brwi tak, że dotykały one linii pod włosami… Gdyby miał na czole włosy.

Ross westchnął. Spodziewał się, że ojciec nie uwierzy, ale żeby myślał, że chce coś od niego? W sumie, to chciał, ale i tak tata mu tym ubliżył. Urażony fuknął chicho i z uniesioną głową oparł się wygodniej o krzesło.

- Nie o to mi chodziło – burknął. – Chcę ci powiedzieć, że rozumiem to i nie mam zamiaru naciskać…

Gdy to powiedział Mark poślizgnął się o podłokietnik fotela i upadł na niego.  Zdezorientowany dopiero po kilku chwilach podniósł głowę i zbitym wzrokiem przyjrzał się synowi. Przymrużył oczy i jak wąż przymierzający się do ataku na ofiarę wolno przesunął głowę w jego stronę. Wybałuszył oczy, gdy syn uśmiechnął się niepewnie w jego stronę.

Odchrząknął.

- A więc… - już miał coś powiedzieć, ale nagle zamilkł. Przypatrzył się synowi dokładniej i zaśmiał kpiąco. Ross popatrzył zdziwiony na ojca. – To kant. Nigdy nie dałbyś sobie spokoju. Oszukujesz mnie, prawda? Chyba, że masz jakiś pomysł na to, jak przejąć firmę bez żony i bez kantowania – uśmiechnął się kwaśno.

Ross się załamał. Był w szoku i to wcale nie pozytywnym. Przełknął głośno ślinę. Serce waliło mu sto razy na sekundę, a głos ugrzązł w gardle. Nie umiał zaprzeczyć. Nie potrafił powiedzieć głupiego „Nie tato, to nie tak”

Chciało mu się płakać miał ochotę puścić łzy wolno i pokazać, ze jest mięczakiem. Zamiast tego jednak zebrał w sobie resztkę odwagi. Odchrząknął głośno, aby mieć pewność, że ojciec go usłyszy. Wziął głęboki wdech.  Miał jedną szansę. Musiał być przekonywujący, prawdziwy. Zero strasu. Mówił prawdę. Przynajmniej tak miał uważać jego ojciec. W końcu zebrał się w sobie i przemówił pewnym, zdecydowanym głosem:

- Tato, żenię się.
***

- Hej, słuchaj, jak będziesz wracać ze szkoły, to nie idź do Maxa. Wychodzę dziś wcześniej i zrobię obiad – brunetka uśmiechnęła się do telefonu. Po chwili przeniosła wzrok na zegarek i rozbawiona przewróciła oczami. – Choć w sumie, to zależy, kiedy Ross wreszcie przyjdzie – zanim zdążyła ugryźć się w język głos po drugiej stronie już zdążył ją ogłuszyć.

- A po co ci Ross, hmm? Wiedziałam, ze coś się pomiędzy wami święci! – podekscytowana blondyna pisnęła tak głośno, że Laura musiała odstawić telefon od ucha. Kiedy już odzyskała słuch wznowiła rozmowę z przyjaciółką.

- Powiedział, że mnie podwiezie i nie. Nic się nie święci - odburknęła bez entuzjazmu.

-Yhmm.

- Słuchaj, nie mam ochoty gadać na takie tematy

- Dobra, kochana, bez bulwersu – zachichotała Logan. – Muszę spadać na lekcję. Mam matmę, ty to czaisz?! McFoy ma świra i to większego niż ty – ponowny rechot ze strony blondyny.

- Tak, tak, wmawiaj sobie dalej, że to ja jestem ta świrnięta. Na razie, do zobaczenia w domu – Laura uśmiechnęła się promiennie do ekranu telefonu i rozłożyła wygodniej na krześle przed biurkiem. – Matko, chyba jednak trzeba będzie zadzwonić do Maxa.

Gdy Marano siedziała przed srebrnym laptopem popijając kawę do pokoju ktoś zapukał. Zdziwiona Laura powiedziała szybko „proszę” i zamknęła klapę komputera.

Zza drzwi wyłoniła się kobieca blond czupryna, a już po chwili przybysz stanął przed Laurą w całej swojej okazałości.

- Cześć. Nie wiem, czy mnie kojarzysz. Delly  - Siostra Rossa. Przyszłam, bo mi się nudziło, ostatnio jest strasznie mało pracy – blondyna uśmiechnęła się ciepło do dziewczyny. Ta odwzajemniła gest i wstała z miejsca.

- Jasne, że pamiętam. Moja pocieszycielka – obie zaśmiały się krótko i już po chwili wylądowały na kanapie gadając o wszystkim i o niczym.

Rozmawiały, jak stare, dobre przyjaciółki, które znają się całe życie i nigdy nie brakuje im wspólnych tematów. Czuły się w swoim towarzystwie dobrze, luźno i bez skrępowania. Śmiały się, wymieniały poglądy na różne temat różnych rzeczy, czasem sprzeczały o coś, ale i tak w większości śmiały. Minuty mijały, Ross dalej nie wracał, a one zatraciły się w rozmowie, która po czasie zeszła na tor zwany „chłopcy”.

- Czyli, że masz narzeczonego – Lau uśmiechnęła się znad kubka kawy, którą piła już ponad pół godziny. Na to zagadnienie Delly lekko się zarumieniła, ale pokiwała z uśmiechem głową. – A kiedy ślub? – wypaliła nagle.

Rydel zrobiła wielkie oczy i spojrzała na nią ze zdziwieniem. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale po chwili, gdy już się z lekka ogarnęła choć jej oczy nadal nie były normalnych rozmiarów, odpowiedziała nadal zdziwionym głosem.

- Nie planujemy jeszcze… A co? – jej twarzy przywrócono dawny kolor, a oczy zyskały normalny rozmiar.

- Nic, po prostu… Rodzice zawsze powtarzali, że jeśli mówisz „tak” przy zaręczynach to tak, jakbyś powiedział na ślubnym kobiercu – wyjaśniła brunetka, jakby było to oczywiste. Po chwili jej z jej twarzy zniknął uśmiech, a wzrok utkwił w kubku z kawą. Blondyna od razu podłapała o co chodzi i objęła dziewczynę.

- Tęsknisz za nimi? – zapytała troskliwie i otarła łzę z jej policzka.

Laura zacisnęła mocno zęby i próbowała się nie rozpłakać na dobre. Przymknęła powieki tak mocno, ze aż ją piekły. A może to od powstrzymywania łez?

- Tak. Bardzo mi ich brakuje – wydusiła w końcu i pociągnęła nosem.

- Powiedziałabym, że wszystko będzie okay, ale wtedy zrobiłabym największą głupotę na świecie – zaśmiała się krótko i bez rozbawienia. Już miała coś dodać, ale przerwał jej odgłos otwierających się drzwi.

- Hej, pukałem, ale nie słyszałyście – usprawiedliwił się ten „ktoś” speszony morderczym wzrokiem Delly.

- Albo po prostu chciałyśmy zostać same? – fuknęła blondyna i wstała z kanapy. W tym czasie Lau już zdążyła się  ogarnąć i uśmiechnąć do chłopaka.

- Jedziemy? – zapytała ze sztucznym uśmiechem. A raczej uśmiechem, który miał zamaskować jej przedchwilowy płacz.

- Tak, ale… Muszę z tobą pogadać… Na osobności – odchrząknął kierując wzrok ku siostrze. Ta czerwona jak burak nic nie powiedziała, tylko odeszła z wysoko uniesioną głową.

Gdy para została już sama blondyn uśmiechnął się nerwowo i podrapał po karku. Był bardziej speszony jej ponaglającym uśmiechem niż morderczym wzrokiem siostry. Odchrząknął i zebrał w sobie resztkę odwagi. Usiadł na biurku, po czym złożył na kolanach spocone dłonie. Cmoknął i unikając wzroku dziewczyny zaczął nieudolnie mówić:

- Emmm… - tylko na tyle było go stać.

Laura zauważyła jego dziwne zachowanie i postanowiła sama podjąć rozmowę.

- I co załatwiłeś u ojca? – zapytała zaciekawiona. Znaczy się prawie zaciekawiona, bo średnio ją to obchodziło.

- W sumie, to dość dużo – odparł z westchnieniem i uśmiechnął się do niej najnaturalniej, jak potrafił w tej sytacji.

- Uwierzył ci? I co? – teraz brunetka naprawdę się zainteresowała przebiegiem rozmowy Lynchów. Zaciekawienie osiągnęło u niej taki poziom, ze wychyliła się przez podłokietnik kanapy i patrzyła z bacznością na Rossa.

- Nie do końca – przeciągnął i pokiwał głową. Gdy Laura usłyszała tą odpowiedź szybko powróciła na poprzednie miejsce.

- To… To Można było przewidzieć – odzyskawszy pewność w sobie jak i w głosie spojrzała na blondyna karcąco. – Pan Lynch nie jest głupi, mogłeś przewidzieć, że domyśli się, że to kant…

- Laura…

- …Trzeba było mnie posłuchać i wynająć tą głupią narzeczoną, to nie! Kurde, co by ci szkodziło? Dasz jej kasę, czy coś tam, poudajecie parę, weźmiecie ślub i po trzech miesiącach sajonara! Nawet nie musielibyście brać kościelnego ślubu…

- Laura…

- …Cywilny załatwiłby sprawę. Nazwisko mogłaby zostawić swoje, a rodzicom wcisnąłbyś, że wielka miłość się skończyła, a firma nadal byłaby twoja…

- Laura! – wrzasnął Ross tak, że brunetka w końcu zwróciła na niego uwagę.

- Co?

- Skorzystałem z twojej rady – na te słowa dziewczyna wstrzymała oddech i wybałuszyła oczy. Po chwili rozciągnęła twarz i wygięła brwi najwyżej, jak umiała.

 - Że… I co?

Lynch zaśmiał się nerwowo. Serce waliło mu ponad sto na sekundę, a ciało natychmiast się spociło. Przeczesał ręką włosy i wbił w nią przestraszone spojrzenie. Zanim się odezwał rzucił jej jeszcze jeden głupawy uśmiech.

- Wyjdziesz za mnie?

~*~*~*~*~*~*~*~ 
Heyo miśki! 
Rozdziału dość dawno nie było, chyba ponad miesiąc. Ale ostatnio miałam masę nauki, a jak się wzięłam za pisanie, to się rozchorowałam. Nie wstawałam nawet z łóżka, a teraz też czuję się nijak. Ale dobra, nie o tym. 
Mam nadzieję, że rozdział się podobał, bo się starałam. Jak myślicie? Zgodzi się? Acha i jeszcze zaraz podam wam nazwę tego filmu, na którym opiera się fabuła. Ale na serio, to była tylko inspiracja, więc... Mało jest tych samych zagadnień. Gra tam Sandra Bullock i Ryan Reynolds! A więc proszę bardzo, macie tytuł: Narzeczony mimo woli! Tak, wreszcie to powiedziałam! Matko, ale dziwnie się teraz czuję! 
No, to ja mam nadzieję, że napiszę rozdział wcześniej, niż ten, ale nic nie obiecuję. A więc do napisania.

~ Alex

Zapraszam na moje dwa kolejne blogi:


sobota, 21 lutego 2015

8. "I just wanna live while I'm alive."

"I just wanna live while I'm alive." - "Ja po prostu chcę żyć póki jestem żywy"
~ Bon Jovi  


Rozdział dedykuję Jools Lynch. Dziękuję za to, że pomogłaś mi przejść przez trudne chwile :*
I jeszcze mojej siostrze-przyjaciółce – Juliettcie. Kocham cię bardzo, ale to bardzo i cieszę się, że już wszystko okey. Brakowało mi tej zwariowanej Julci <3 :*

 Blondynka spojrzała przed siebie niewidzącym wzrokiem. Jej oczy były zaszklone. Malinowe wargi rozwarte tworzyły podkówkę. Wolno mrugnęła i przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę. Ta szybko do niej podbiegła i jak najmocniej przytuliła. Wtedy dziewczyna już dostatecznie się rozkleiła. Po jej rumianych od zimna policzkach popłynęły łzy. Wpierw pojedyncze i powolne, ale jak to bywa – ze strumyczka zrobiła się rzeka.

- Co się stało? – wyszeptała jej we włosy przejęta brunetka. Kobieta nawet się nie spostrzegła, a już siedziała na schodach.

- Ja… ja… - przełknęła ślinę, zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech – Widziałam faceta, który podawał się za mojego ojca – wyjaśniła w końcu. Spojrzenie jej przyjaciółki mówiło, że jest nie tyle zdziwiona, co zdezorientowana.

- C..co? Jak to… Twojego ojca? Przecież… Ale… On nie żyje! – Laura podniosła się natychmiast ze schodów. Przez tą gwałtowność zakręciło się jej u głowie i zachwiała się.

- No… Ja też tak myślałam. Ale….

- Łatwo powiedzieć kłamstwo – wtrąciła Rydel. Reachel zdawała się dopiero teraz dostrzec jej obecność. Wlepiała w nią zdziwione spojrzenie. Dopiero po chwili dotarło do niej, że ona była tu przez cały czas i wszystko słyszała, co poskutkowało jako rumieńce na jej policzkach.

- Cześć – burknęła nieśmiało.

- Nie wiem, czy to dobry moment na przywitania, ale cześć – Lynch obdarowała ją ciepłym uśmiechem i, jako że siedziała niedaleko, delikatnie ją przytuliła.

- Ale… Ugh, nic nie rozumiem. Albo twoja mama kłamała, albo ten facet. I trzeba to wybadać – stwierdziła ochoczo brunetka, po czym pociągnęła przyjaciółkę w górę schodów. Odwróciła się jednak na chwilę do Rydel i skinieniem głowy pokazała, żeby poszła za nimi. Tak też blondynka uczyniła.

***
- Ale Ross nie będzie zły, że chcesz wyjść z pracy? – dopytywała przejęta Logan. Nie chciała, żeby jej przyjaciółka miała przez nią problemy z nowym pracodawcą.

- Coś mi się wydaje, że nie będzie miał nic przeciwko – mruknęła Lau przypomniawszy sobie sytuację w biurze. Dupek…

- Ale jesteś pewna?

- Reachel – brunetka posłużyła się znużonym tonem – Jeśli ten albinos mnie nie puści, to się sama zwolnię. Pamiętasz? Przyjaźń ponad wszystko – przypomniała z krzepiącym uśmiechem i z impetem otworzyła drzwi do gabinetu. – Ross, muszę wyjść wcześniej z pracy. Będzie jakiś problem? – barwa jej głosu z uroczej zmieniła się w obojętną. Tak obojętną, że aż bolało, kiedy się jej słuchało.

Blondyn siedzący za biurkiem odwrócił głowę od ekranu srebrnego laptopa i podążył wzrokiem ku zniecierpliwionej dziewczynie. Już chciał coś powiedzieć, kiedy zauważył, że w pomieszczeniu znajduje się również jej współlokatorka.

- Hej. Nie, oczywiście – uśmiechnął się niepewnie, na co jego asystentka cicho prychnęła.

- Świetnie – już miała zamknąć za sobą drzwi, kiedy zatrzymał ją aksamitny głos mężczyzny.

- Lau, poczekaj! Moglibyśmy porozmawiać? – poprosił z nieudawaną skruchą – na osobności – dodał patrząc na Reachel, która rozumiejąc aluzję wyszła cichaczem z pokoju.

Marano przewróciła oczami i założyła ręce na klatkę. Z kpiącym wzrokiem popatrzyła na Rossa, ale po chwili pobiegła oczami w stronę pierwszej lepszej rzeczy.

- Co ode mnie chciałeś? Spieszę się – powiedziała ostrym tonem. Tak ostrym, że przeszył chłopaka na wskroś. Nigdy nie lubił ranić ludzi, a jeśli już to zrobił przepraszał tak, że poruszało to najtwardsze serca. Jednak jej postawa nie ułatwiała zbytnio tego zadania.

- Chcę się przeprosić. Za to, co rano powiedziałem. Że cię okrzy…

- Słuchaj, gdzieś mam twoje przeprosiny – przerwała dziewczyna – Ale mimo to dam ci jedną radę: Nie wychylaj się. Bo źle ci to wychodzi – znów wychwyciła twarz blondyna i tym razem nie spuszczała z niej nienawistnego wzroku.

- Ja… - westchnął. Nie wiedział, co ma powiedzieć. Jak się zachować w tej niezręcznej sytuacji? Więc milczał. Nie powiedział nic.

Po kilku minutach ciszy Laura zagrała głos:

- Tak, czy inaczej spieszy mi się. Wrócę jutro i szczerze będę próbowała cię je zabić – mruknęła i położyła dłoń na klamce. Już miała ją naciskać, ale powstrzymał ją uścisk na nadgarstku. Odwróciła się do tyłu i zderzyła z czekoladowymi ślepiami Lyncha.

Nogi się pod nią ugięły, choć próbowała zachować spokój. Wyraz twarzy nagle zelżał, gdy jego lico znalazło się niebezpiecznie blisko jej. Przełknęła ślinę. Zbierało jej się na płacz, gardło strasznie piekło, a białe zęby zacisnęła na dolnej wardze. Denerwowała się.

- Przepraszam – powtórzył Ross. Jego spojrzenie wydawało się działać na nią jak narkotyk. Doprowadzało do obłędu, bo miała ochotę powiedzieć „Nic się nie stało”, a jednocześnie przywalić mu w policzek i uciec jak najdalej.

- Spieszę się – tylko tyle była w stanie wydusić.

Znów się do niej przybliżał. Czuła jego oddech na ustach, słyszała miarowe bicie serca. Raz, dwa, trzy… Z każdą chwilą coraz wyraźniej. Zdjęła rękę z klamki, jednak jej nadgarstek nadal był więziony przez jego uścisk.

- Nie puszczę cię – wymruczał jej prosto w malinowe wargi. Te zatrzęsły się.

- Nie proszę cię o pozwolenie –choć chciała brzmieć stanowczo wcale tak nie brzmiała. Jej głos się łamał, był niepewny. Oczy błąkały się po jego twarzy, która znajdowała się zaledwie kilka milimetrów dalej.

- Ale i tak ci go nie udzielam – przybliżył się do niej maksymalnie i założył niesforny kosmyk za ucho.

Najpierw chciał ją pocałować. Później zrozumiał, co właśnie robi. Całuje, a raczej prawie całuje, dziewczynę, którą zna kilka dni. Zatrząsł się. W jego głowie coraz głośniej zadawano pytanie, czy wypada. Nie przeszkadzało mu to jednak aż tak bardzo w zrobieniu ostatecznego kroku.

- Ross, zapomniałam oddać ci zegarek – usłyszeli aksamitny, kobiecy głos, po czym Laura upadła na podłogę. Drzwi były otworzone, a ona leżała plackiem na podłożu. Przeklęła cicho. Nie wiedziała, czy dlatego, że nic pomiędzy nimi się nie zdarzyło, że upadła i jest teraz obolała, czy z powodu ujrzenia znienawidzonej twarzy.

- Vanessa.

***

Chłopak szedł długim korytarzem i kompletnie zatracił się w papierach dzierżących w rękach. Miał do przygotowania ważny projekt i chciał wypaść jak najlepiej. Po chwili wszystkie kartki znalazły się na brunatnych panelach.

- Och, przepraszam najmocniej – obok nich kucała dziewczyna i ze skruszoną miną próbowała je pozbierać.

Była dość wysoka, jednak nie należała do najwyższych. Jej zielononiebieskie oczy migotały w blasku słońca przedzierającym się zza szyby. Czarno-blond włosy opadały z rumianą twarz. Od razu ją rozpoznał.

- Rebbeca?

- Reachel – poprawiła. – Chłopak z baru? Ten, który wlepiał gały w Lau, tak? – zaśmiała się krótko i podała mu plik.

- Tak – zarumienił się lekko – Już pamiętam. Jesteś Reachel, przez „e”, a nie Rachel – sprostował, na co ona powiększyła uśmiech.

- Mama uważała, że dzięki temu będę zawsze docierała do wyznaczonego celu ( „Reach” to z angielskiego „dotrzeć” ~ Alex).

- To wiele wyjaśnia. Pozdrów ją.

Nagle dziewczyna spochmurniała. Zacisnęła mocno powieki i powtarzała w myślach: On nie chciał, nie wiedział…

- Ona… Nie żyje… - wyjaśniła z posępną miną.

- Przepraszam… Ja… Nie wiedziałem…

- Nic nie szkodzi. Pogodziłam się z tym już. Jestem… samowystarczalna.

- No nic. Jeszcze raz przepraszam i miło było poznać – uśmiechnął się i ruszył przed siebie. Natomiast blondynka oparła się o ścianę i wzięła kilka głębokich oddechów.
***

- No, no, no. Nieźle się prowadzasz – rzuciła kpiąco dziewczyna lustrując strój czarnowłosej.

- Ty też wyglądasz niczego sobie – kobieta wysiliła się na serdeczny ton i podała brunetce rękę, ale ta ja odrzuciła.

- Tyle lat radziłam sobie bez ciebie. Teraz też poradzę – warknęła z wściekłością i wstała z niemiłej podłogi. – Więc, pani Lynch. Co pani tutaj robi, hmm? – ironia w jej głosie była nie do zniesienia dla wrażliwego serca Vanessy. W jej oczach wezbrały się łzy, które z zamierzonym skutkiem próbowała schować.

- Przyszłam do Rossa, aby oddać mu zegarek. Ale bardzo się cieszę, że znów mogłam cię zobaczyć, siostro – wyjaśniła z uprzejmością. Serce ją bolało, kiedy widziała rodzoną siostrę, która szczerze ją nienawidzi.

-  Nie nazywaj mnie tak – Laura skarciła ją podwyższonym tonem – Nie jesteśmy siostrami. Jedyne, co nas łączy, to nazwisko… - pokręciła głową - Przepraszam. Już nic nas nie łączy – prychnęła z arogancją i poszła w swoja stronę z uniesioną głową.

- Nie pobiegniesz za nią? – zapytał do tej pory milczący Ross z wyraźnym zdziwieniem.

- Po co? Przecież ona mnie nienawidzi? Nie zauważyłeś? Nie chce mnie znać. Powiedziała, że nie jesteśmy siostrami  - nie wytrzymała i wybuchła płaczem. Łkała tak żałośnie, że blondynowi żal ścisnął serce. Przytulił ją do siebie mocno i posadził na kanapie.



Owy płacz nie uszedł bystremu słuchowi brunetki, która słysząc go stanęła wpół kroku. Zacisnęła mocno powieki. Przed nią stanął obraz siostry, jaką zapamiętała z Włoch. Tej niewinnej i bezbronnej, która w jednej chwili wpadła w tak głęboką rozpacz i za wszelką siłę starała się wyrwać z jej rąk walizkę.

- Zostaw to, rozumiesz? Nigdzie nie idziesz, postanowione! – wrzasnęła zła dwudziestolatka i wyrwała z rąk młodszej siostry bluzkę, która miała trafić do wnętrza walizki.

- Ale ja muszę! Muszę stąd uciec jak najszybciej! Inaczej nigdy nie pojadę, rozumiesz?! – załkała piętnastoletnia brunetka i wyjęła z szafy kolejną rzecz z takim impetem, że wszystkie starannie poukładane ubrania runęły na podłogę.

- Nic nie musisz! Do jasnej cholery, spójrz na mnie, gdy do ciebie mówię! – czarnowłosa zrzuciła z łóżka walizkę i oparła się na nim na dłoniach – Nigdzie cię nie puszczę – oświadczyła hardo.

Drobna sylwetka jej siostry śmignęła obok niej i podniosła z podłogi czarną walizę. W ręce wzięła pierwsze lepsze ubrania i wrzuciła je do niej. Podeszła szybko do komody i otworzyła ją. Gdy napotkała trudności wyrwała szufladę z toru i wrzuciła całą bieliznę w niej się znajdującą do wnętrza ciemnego przedmiotu.

- Nie mam zamiaru prosić się o pozwolenie – mruknęła i sięgnęła pod łóżko.

Czarnowłosa przypatrywała się temu wszystkiemu z rosnąca złością i rozpaczą. Nie mogła sobie wyobrazić, że jej siostra wyjdzie z domu i już prawdopodobnie nigdy nie wróci. Po jej policzkach spłynęła łza, którą szybko starła. Poczuła, jakby dostała w twarz, kiedy walizka zatrzasnęła się, a brunetka zasunęła suwak.

- Nie mam wyboru. To jedyne wyjście, Van – rzuciła dziewczyna i wtuliła się w otępiałą siostrę.

- Zawsze jest jakiś wybór, Laura.

Właśnie tak ją zapamiętała. Jako tą, która wmówiła rodzicom, że pojechała do Kanady, choć była w Nowym Jorku. Jako tą, która się o nią troszczyła, jak o dziecko. Tymczasem ona sama miała dziecko. I chociaż nic o nim nie wiedziała i miała o to żal do siostry nie mogła zapomnieć. Nie umiała przyćmić wspomnienia tej kochającej Vanessy i zastąpić go nowym – kłamliwym i dwulicowym.  Chciała uważać ją za hipokrytkę, ale nie potrafiła. Zbyt ją kochała.

Sama nie wiedziała, kiedy jej nogi popędziły ku gabinetowi. Kiedy zapukała zapłakana do drzwi, kiedy otworzył je zszokowany jej widokiem Ross. Pamiętała tylko, jak ujrzała żałosny widok płaczącej na kanapie siostry.

Zatrzymała się. Nagle zabrakło jej wszystkiego. Odwagi, rozumu.

- Przepraszam – tylko tyle zdołała wydusić.

Pani Lynch podniosła na nią wzrok. W jej oczach pojawiły się iskierki nieopanowanej radości, kiedy zobaczyła twarz Laury.

- To ja przepraszam – rzuciła i już po chwili poczuła, jak brunetka do niej podbiega i mocno przytula.

Jej sukienka była mokra od łez i czarna od tuszu. Obie kobiety nie umiały opanować łez gnieżdżących  się w nich od dawna. Płakały i łkały. Nie było po nich widać żadnej nienawiści, tęsknoty. Jedynie radość. Nieopanowaną radość i szczęście spowodowanie odzyskaniem nie tyle siostry, ile najlepszej przyjaciółki.

- Przepraszam cię Van. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Tak strasznie za tobą tęskniłam. Po prostu… Gdy zobaczyłam to dziecko, twojego męża, kiedy dowiedziałam się, że nic im o mnie nie powiedziałaś… Ja… Coś we mnie pękło. Nie wiem, czy to to, że chciałaś o mnie zapomnieć, ale to zabolało – wyznała Marano odrywając się od siostry.

- Wina zawsze leży po obu stronach – rzuciła nagle Vanessa. Siostra spojrzała na nią nie rozumiejąc. – Zostawiłaś nas, więc myślałam, że najlepiej będzie o tobie zapomnieć. Mam popadła w depresję, ojciec nie chodził już do winnicy. Rodzice czasem się kłócili, myślałam, że nasza rodzina się rozpadnie. Miałam wam powiedzieć o ślubie z Rikerem, ale ustaliliśmy, że on przyjedzie i nam pomoże. Uważałam, że przez ciebie się rozpadniemy. Ale myliłam się. Byłam głupia, że nie zauważałam tego, ile dla ciebie znaczył ten wyjazd – po jej policzku spłynęła łza. Nieduża, pojedyncza, ale i tak wzbudziła w Laurze współczucie i rozgoryczenie w stosunku do własnej osoby.

- Nie powinnam była cię w to wciągać – uznała po dłuższym namyśle.

- Nie. Obie powinnyśmy stawić temu czoło. Obie, rozumiesz? Nie tylko ja.

Brunetka pokiwała głową i oparła brodę o zagłębienie w szyi Vanessy. Nie płakały już, ale rytmicznie kołysały się na boki. Laura uśmiechnęła się słysząc melodie włoskiej piosenki.

- Pamiętam ją. Mama śpiewała nam to, jak kąpałyśmy się w wodzie. Jest tam coś o syrenach – dwudziestolatka uśmiechnęła się nieprzytomnie. Zamknęła oczy wyobrażając sobie piaszczyste plaże i błękitne morze.

- Portato dal canto delle sirene dei mari e degli oceani – zacytowała starsza z uśmiechem.

- Syreni śpiew niesiony przez morza i oceany – przetłumaczyła Laura i mocniej wtuliła się w siostrę
***

Reachel nadal stała na korytarzu i czekała na przyjście przyjaciółki. Nie doczekała się jednak, więc postanowiła sama odnaleźć Marano.

Skołowana ilością korytarzy i drzwi w końcu zapukała do jednych z nich. Stała jak na szpilkach czekając, aż ktoś łaskawie je jej otworzy.

- Czego? przecież mówiłem, że jestem zajęty – mruknął nieprzyjemnie ten ktoś, ale gdy zobaczył, kogo ochrzanił zmieszał się delikatnie. – Sorki. Myślałem, że to ktoś inny – wyznał wskazując blondynce, aby weszła.

- Szczerze, to ja też. Wiesz, gdzie jest Lau? Nie mogę jej znaleźć – dziewczyna uśmiechnęła się prosząco kiwając w stronę korytarza.

- Jasne. Pokój z plakietką Lynch. Nie zdążyli dopisać Marano – wyjaśnił. Po chwili i on znalazł się na zewnątrz. – Zaprowadzę cię – zaoferował i  nie słuchając zdania Reachel poszedł przed siebie.

- Nie byłeś przypadkiem zajęty? – zagaiła dziewczyna przypomniawszy sobie niedawne przywitanie.

- Nie aż tak bardzo – brunet skręcił w prawo i odchrząknął – A ty? Myślałem, że studiujesz – rzucił.

- Miałam… Mały problem. Wiesz, pocieszenie przyjaciółki i te sprawy – blondyna truchtała za nim. Nie znała dokładnie tego budynku i gdyby była w nim sama zapewnie zgubiłaby się. Kroki chłopka były szybkie i daleko sięgające, a jej krótkie i próbujące dorównać szybkości jemu.

- Chłopak?

- Gorzej.

- Jestem Seth – zagadnął po chwili brunet. Z tego wszystkiego zapomniał się przedstawić.

- Co…? Aaa… Ładnie – sprostowała z uprzejmym uśmiechem.

- Na pewno nie tak oryginalne, jak twoje – zaśmiał się krótko i cicho, po czym ponownie skręcił w prawo. – Jesteśmy na miejscu – oznajmił stając pod drewnianymi drzwiami.

Dziewczyna spojrzała na srebrzystą klamkę.

- Dzięki – wypaliła skrępowana.

Brunet miał zamiar zapukać do drzwi, ale nagle za ich plecami pojawił się Ross.

- Co ty tutaj robisz? – Waters zmarszczył brwi i spojrzał na przyjaciela, jak na idiotę.

- O to samo mógłbym zapytać ciebie – fuknął blondyn.

- Ta młoda dama prosiła się widzieć z twoją asystentką – brunetowi towarzyszył ironiczny ton.

- A ty ją odprowadziłeś, bo podoba ci się młoda dama, czy moja asystentka? – zapytał drwiąco Lynch.

Seth miał ochotę mu przywalić, ale tylko poczerwieniał ze złości i zabijał go wzrokiem.

- Ekhem – Reachel dała znać o swojej obecności i po chwili oczy obojga chłopaków skierowały się na nią. – Chciałam się widzieć z Laurą – przypomniała i już po chwili cała trójka znalazła się w środku gabinetu.

***

Następny tydzień minął wszystkim w miarę spokojnie. Lau i Reach nie ustaliły nic na temat ojca blondyny, choć bardzo się starały. Pani Logan nie prowadziła z nim żadnej korespondencji, nigdy o nim nie wspominała. Nie wiedziały, co zrobić. Kręciły się w tak zwanym błędnym kole i nie wiedziały, jak z niego wyjść.
Natomiast jeśli chodzi o relacje Lau i Van… Nie widziały się od pamiętnego momentu w gabinecie młodszej i Rossa. Nie rozmawiały ze sobą, ale umówiły się jeszcze wtedy na obiad. Laura miała nadzieję bliżej poznać rodzinę siostry, choć nadal sceptycznie do niej podchodziła. Karciła się za to, że dała się tak ponieść emocjom, bo nie chciała tak od razu jej wybaczać. Ale trudno, czasu się nie cofnie. Już wybaczyła, choć zaufanie nadal nie zostało odbudowane. Vanessa zmieniła się. Była bardziej dojrzała, elegancka, dostojna. Jak brytyjska dama, a nie włoska dziewczyna.

A Lau i Ross? Ich relacje choć uległy miarowemu ociepleniu wciąż były minimalnie napięte.

- Masz ten wykres, o który cię prosiłem? – zapytał rzeczowo blondyn stając nad biurkiem asystentki.

- Tak, już ci go daję – brunetka zanurkowała w stercie papierów i po chwili wyciągnęła ten właściwy. – Proszę – podała kartkę i wróciła do swoich obowiązków.

- Jak z szukaniem mieszkania? – zagadnął Ross. Starał się nie ingerować w jej życie osobiste, ale chciał też poznać ją bliżej. Ciągle miał przed oczami scenę prawie pocałunku i nie rozumiał jej w nawet najmniejszym stopniu.

- Nie chcą mi udzielić kredytu, bo mam już kilka pożyczek. Dzwoniłam po hotelach, ale ceny są absurdalne – rzuciła wpatrzona w czarną klawiaturę. – A ty? Jak ci idzie z ojcem i firmą?

- Doznałem olśnienia – wyznał z uśmiechem i przejechał kółkami od fotela w jej stronę. – Poczekam, aż ojciec sam zrozumie, że jestem na tyle dojrzały. Mam zamiar powiedzieć mu, że nie chcę teraz przejmować firmy – dumny ze swojego planu uśmiechnął się triumfująco.

- Nieźle.  A nie pomyślałeś o wynajęciu narzeczonej? – podsunęła, jakby było to oczywiste.

Natomiast Lynchowi oczy wypadły z orbit słysząc o „wynajęciu narzeczonej”.

- To jest takie coś? – spytał odzyskawszy głos.

- Nie. To znaczy… Nie legalnie. Znajdziesz jakąś zdesperowaną laskę i zaproponujesz jej kasę, a ona ma za ciebie wyjść. Później tylko się rozwiedziecie i tyle – wzruszyła ramionami podając mu srebrnego laptopa. – Na tym forum faceci piszą, że wynajęcie dziewczyny to najlepszy sposób, kiedy nie chcesz się żenić, a musisz – dodała.

Blondyn przejął przedmiot i spojrzał niedowierzająco na dziewczynę. Podniósł do góry jedną brew, a ta z westchnieniem wyjaśniła:

- Nudziło mi się, więc postanowiłam ci pomóc.

- Dzięki. Ale wiesz, gdzie można znaleźć taką dziewczynę? – Ross odstawił laptopa na miejsce przez przypadek dotykając dłonią dłoń Laury. Ta szybko ją zabrała.

- Wystarczy spojrzeć  na mnie – zaśmiała się krótko. – Zdesperowanych lasek jest mnóstwo.

- A w Nowym Jorku?

- Szczególnie w Nowym Jorku.

~*~*~*~
Hejka misie!
Z tej strony Alex – nowa, stara autorka!
Jak pewnie niektórzy z was wiedzą miałam małe problemy i musiałam stworzyć nowy profil. Ale nie chcę się rozpisywać na ten temat.
Przepraszam, że tak dawno nie było rozdziału. Najpierw mnie nie było, bo przecież ferieeee, a później miałam kilka problemów osobistych. Jools wie, o co chodzi, bo sama mnie pocieszała.  A Julietta… Ach, ona wie, co mam jej do powiedzenia.

Wiem, że się na mnie przejechaliście, a ja ciągle kręcę i kręcę. Ale znów napadł mnie mega pomysł! A więc będziemy mieć nowego bohatera, a ja nie zdradzę, jaką rolę odegra. Ale namiesza nieco w życiu Rossa, tyle rzeknę :)
A więc papa :* I zostawiam was z gifem z super filmu Trzy metry nad niebem 

~ Alex


wtorek, 3 lutego 2015

7. He who fights with monsters should look to it that he himself does not become a monster. When you gaze long into the abyss, the abyss also gazes into you

 He who fights with monsters should look to it that he himself does not become a monster. When you gaze long into the abyss, the abyss also gazes into you

~ Ten, który walczy z potworami powinien zadbać, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas. 

~ Fryderyk Nietzsche
Przepraszam za błędy

Blondynka siedziała na dużej sali i rozmyślała o wszystkim, tylko nie o tym, o czym powinna. Szczególną uwagę zabierała jej zamiar pomalowania włosów. Blond już od dawna nie leżał w jej guście, można powiedzieć, że przejadł się jej. Dziewczyna złapała w palce kosmyk włosów i zaczęła oplatać go sobie wokół palca wskazującego. Pochłonięta badaniem barwy pukla nie usłyszała, jak donośny głos wypowiada jej nazwisko z coraz większą niecierpliwością.

- Panno Logan! – głośny krzyk przeszył na wskroś ciało blondyny, aż całe zadrżało.

- Tak, pani McFoy? – dwudziestolatka szybko puściła kosmyk wolno i z uśmiechem spojrzała na starszą panią stojącą przy tablicy i tłumaczącą jakieś zadanie.

- Jaki będzie wynik, młoda damo? – lodowaty ton pięćdziesięciosiedmiolatki odbił się od ścian pomieszczenia i zanosząc się echem dobiegł do uszu przerażonej Reachel.

Przełknęła cicho ślinę i wytężyła wzrok, aby móc lepiej przyjrzeć się szlaczkowi z plusów, minusów i innych znaków oraz liczb. W jej głowie powoli zaczął się układać w jedną liczbę, którą było:

- Dwa tysiące trzysta czterdzieści  - wyszczerzyła się w uśmiechu widząc niedowierzający wyraz wykładowcy.

- Dobrze, a… - kobieta już przycisnęła kredę do zielonej tafli tablicy, kiedy po uczelni rozległ się dobrze wszystkim znany dźwięk dzwonka, a ta westchnęła cicho i skinieniem dłoni pokazała uczniom, aby wyszli.

Logan gwałtownym ruchem ręki zamknęła książkę tak, że po sali rozległ się głośny huk. Zazgrzytała zębami i skulona, jak gdyby zrobiła niewiadomo co i poczęła wkładać swoje rzeczy do dużej torby. Gdy zasunęła suwak poczuła na ramieniu czyjś dotyk. Odskoczyła jak oparzona i wykonując obrót o 180 stopni stanęła twarzą w twarz z osobą, która uczyniła ten gest.

- Wystraszył mnie pan – wysapała próbując powstrzymać szybki oddech i łomocące w piersi serce.

- Przepraszam. Nie chciałem. Możemy porozmawiać? – mężczyzna wyglądający na około pięćdziesiąt lat spojrzał na nią prosząco. Nie był zbyt wysoki, ale też nie niski. Włosy okalające jego okrągłą twarz miały kolor srebra, a raczej srebra mieszanego ze złotem. Sylwetka zgarbiona i przy kości, oczy mieniące się niczym wzburzone morze, choć nie okazywały gniewu, a raczej strach. Broda porośnięta krótkimi włoskami świadczyła o kilku dniach bez golenia, a ziemista cera pod oczami przybrała szarawy kolor. Jego głos był ochrypły, jakby leczył chrypkę i Reach przeszło przez myśl, czy tego nie robi.

- Chyba mnie pan z kimś pomylił. Nie znam pana – uświadomiła, choć jej głos nie brzmiał tak pewnie, jak przed kilkoma sekundami.

- Ale ja znam ciebie, Reachel Logan. Mogę cię prosić na słówko? – już wcześniej typ wydawał się jej być przerażający, ale kiedy usłyszała, jak wypowiada jej imię przeszedł po niej dreszcz. Bała się zrobić najmniejszy ruch, choć zrobiła. Odwróciła głowę. Nikogo nie było. Przełknęła gulę stojącą jej w gardle i rozchyliła usta, aby coś powiedzieć.

- Niestety, nie mam czasu – wydusiła. Głos przychodził do niej z oddali i sama nie wiedziała, skąd wzięła się w nim skrucha. Przecież nie była skruszona.

- Dla własnego ojca chyba go trochę znajdziesz.
***
Ross siedział na beżowej kanapie w gabinecie siostry i z zniecierpliwieniem czekał, aż wróci z ojcowskiego biura. Z nudów zaczął skubać materiał, na którym siedział, ale gdy pod palcami poczuł watę z oczami wielkości pięciozłotówek przestawił poduszkę w miejsce z dziurą. Zaczął cicho pogwizdywać, gdy drzwi pokoju otworzyły się, a w nich stanęła siostra blondaska zagłębiona w lekturze składającej się z jakiś papierów.

- Hej. Wzywałaś mnie. Coś się stało? – zagadnął chłopak wyraźnie zaniepokojony.

- Czy ja wiem, czy takie „coś”? – blondynka spojrzała na brata zza papierów i po chwili ułożyła je na biurku. – To grubsza sprawa niż „coś”.

- Ryd, powiedz, co się dzieje? – odezwał się słabym głosem. Na jego twarzy malował się niepokój.

- Van i Rik się pokłócili. Vanessa przyszła przed chwilą do mnie i wszystko opowiedziała. Teraz jest u taty – blondyna usiadła na skrawku biurka i wbiła w blondyna posępny wzrok – Poszło o Laurę – Ross  nie zwrócił nawet uwagi na to, skąd siostra zna jej imię, tylko raptownie wstał z kanapy.

Jego oczy unosiły się furią, ręce nerwowo drgały, a usta wynosiły to, co jako pierwsze na nie wpadło. Głos był pewny, zdecydowany i gniewny, jak nigdy dotąd. On cały drżał, ale nie z zimna, czy przerażenia, tylko z powodu gniewu. Niespotykanego u niego nigdy.

- Znam ją od kilku dni, a już zdążyła namącić w moim życiu! Co jest nie tak z tą dziewczyną?! Van i Rik nigdy się nie kłócili, a teraz przez nią mogą się rozejść. Nie rozumiem, co takiego zrobiłem, że ona się tu pojawiła?!

Kochał swojego brata i życzył jemu, jak i jego żonie jak najlepiej. Nigdy się nie spierali, no może poszło czasem o smak lodów na deser, czy kolor ścian w pokoju Nicka, ale nie byli aż tak skłóceni, żeby któreś z nich wychodziło z domu trzaskając drzwiami. A to wszystko przez jedną dziewczynę, która pojawiła się znikąd i namąciła w ich życiu, jak kochanka, a nie siostra. Przyszła jak zaraza, która żeruje na nieszczęściu innych i doprowadza ich do białej gorączki. Niczym kat siedzący nad tobą, dopóty, dopóki nie poderżniesz sobie gardła.

Chłopak zamaszystymi krokami ruszył w stronę swojego gabinetu. Gdy otworzył drzwi nie było w nim już Setha, a brunetka stała przy oknie popijając spokojnie latte.

Frustracja wzrosła u Rossa do maksimum i już w ogóle nie potrafił nad sobą zapanować. Nawet nie chciał przestać, czuł, jak krew gotuje się w jego żyłach, jak jego twarz czerwienieje. Podszedł do dziewczyny i szarpnął ją mocno za łokieć. Tak mocno, że ta aż syknęła z bólu odwracając się w jego stronę. Wystraszyła się widząc jego twarz, purpurową ze złości, zęby zaciskające się i zgrzytające z każdym jej wdechem i wydechem, z każdym mrugnięciem. Przełknęła cicho gulę stojącą w jej gardle i starała się zapanować nad strachem, który się w niej kłębił.

- Czemu rozwalasz mi życie?! – wybuchnął nagle, niczym wulkan, którego wnętrze pochłaniało lawę wydostającą się właśnie.

- O co… O co ci… chodzi? – pisnęła brunetka, niczym mysz uciekająca przed wielkim kocurem.


- Przez ciebie Vanessa i Riker się pokłócili! – wrzasnął blondyn napinając mięśnie jeszcze bardziej. Wyraz jego twarzy zelżał jednak, gdy zobaczył ten, który malował się na Laurze.

Dziewczyna poczuła, jak jej mięśnie się napinają, jak robi się sztywna. Jakoby gorący drut ostudzony w lodowatej wodzie. Poczuła, jak na jej policzki wstępują wypieki, jak twarz zgina się w pałąk pod ich ciężarem. Jakby ktoś wbił jej sztylet w serce, a ono zamiast wykrwawić się zlodowaciało. Blondyn nadal trzymał w dłoni jej kruche ramię, lecz ona jednym szarpnięciem wyrwała je z jego uścisku. Odstawiła kubek na parapet z takim impetem, że pokój zaniósł się od głośnego huku. Odepchnęła od siebie blondyna tak, żeby sama mogła się swobodnie poruszać.

- Przeze mnie, tak? Przeze mnie? To po jaką cholerę ukrywała, że ma siostrę?! To co się zdarzyło we Włoszech nie ma żadnego powiązania z nią, ani z naszymi relacjami, jedyne, co wtedy udowodniłam, to to, że jestem niedojrzała i nie umiem się zachowywać godnie, ale nie wyrzekłam się własnej siostry, tak , jak ona! Powiedziałam ci, kiedy zapytałeś, a ona? Napomknęła, że chociażby miała siostrę?! Nie! To czemu mnie obwiniasz za to, co ona namąciła?! Nie powiedziała mi, że ma męża, że ma syna, że się wyprowadziła! To czemu ja jestem winna, skoro to ja przez cały czas żyłam prawdą, a ona w tym swoim zakłamanym świecie, hm? A rodzice? Zawsze byli z niej tacy dumni i szczęśliwi, to czemu ona nie mogła dostać tej cholernej winnicy?! Gdyby nie ona, zapewne nigdy byś mnie nie spotkać i nie spieprzyłabym ci życia, więc jeśli masz jakiekolwiek skargi, to proszę do nich, a nie do mnie! – zakończyła wywód nadal zła wybiegając z pokoju i głośno trzaskając drzwiami.

Ross stał jak wryty w ziemię i nie wiedział, co zrobić. Pobiec za nią? Po tym co usłyszał nie był już niczego pewien.

***

Reachel siedziała w małej knajpce, zapewne nie luksusowej podtrzymując fakt, że kurz i brud dało się z niej ściągać kilogramami. Duża torba wisiała na wieszaku obok niej akurat na wysokości jej głowy, więc co chwilę się od niej delikatnie obijała. Rozdrażniona tym faktem dziewczyna co chwilę ją odpychała od skroni, lecz ona jak bumerang powracała. Jej oczy utkwione były w czarną ciecz pływającą na dnie zmatowiałej filiżanki. Palce rytmicznie stukały o stolik, a usta zacisnęły się najmocniej, jak umiały, tak, że aż wargi pobledły. W gardle blondyny ugrzęzła wielka gula, która umożliwiała wydanie z siebie jakiegokolwiek odgłosu. Miała straszną ochotę zwymiotować, do tego zapach kawy przyprawiał ją o ból głowy. Prawdą dłoń zacisnęła w pięść, a koniuszki stały się blade.

Podniosła wzrok i spojrzała się przed siebie. Nie wytrzymałaby patrząc mu w oczy, więc ugrzęzła spojrzeniem w jego koszuli. Materiał był porządny, biała koszula jakby szyta na miarę. Gdzieniegdzie dało się zauważyć plamy potu, ale nie przykuwały one zbytniej uwagi. Czarne jak smoła spodnie i marynarka nie pasowały do przemęczonej twarzy mężczyzny, ale zapewne nie wyglądał on tak na co dzień. Jego oczy niedużo mówiły. No…  Może prócz skrępowania.

- Nie wierzę ci – odezwała się nagle Reach zdecydowanym głosem. Dawała wrażenie opanowanej, ale najchętniej wybiegłaby teraz z kawiarenki najszybciej, jak się da.

- Nie oczekiwałem, że mi uwierzysz. Matka zapewne powiedziała, że nie żyję. To w jej stylu. Zawsze wolała kłamać, niż ujawnić przytłaczającą prawdę – mężczyzna prychnął z kpiną i dorzucił do herbaty kostkę cukru. Ta lądując z pluskiem w filiżance rozlała nieco z jej zawartości.

- Bo ty miałeś nie żyć. Oczekujesz, że możesz sobie tak po prostu przyjść i powiedzieć, że jesteś moim ojcem, a ja będę tego bezgranicznie pewna? – oczy blondyny przesiąkły furią, a postura zgarbiła się nad stolikiem. Jej brzuch przyciskał się do mebla z taką siłą, że już ledwo powstrzymywała mdłości.

- Nie, ale gdy usłyszałem o Ellie… To znaczy, o twojej matce… Pomyślałem, że przyda ci się pomoc – tego było za wiele nawet, jak na Reachel. Wstała gwałtownie z krzesła i bez słowa zabrała z wieszaka kurtkę oraz torbę. Gniewnym i pewnym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Gdy miała już zniknąć za oszklonymi drzwiami rzuciła na odchodne:

- Świetnie sobie radzę.

Dalej ruszyła pędem, nie patrząc na przechodniów, których taranowała. W jej głowie huczało, krew pulsowała w żyłach przyprawiając o zawroty głowy. Nawilżyła językiem spierzchnięte wargi. Ze zdumieniem odkryła na nich metaliczny posmak. Miała tylko jeden cel, który chciała zrealizować jak najszybciej: uciec. Podbiegła do taksówki machając kierowcy ręką, aby się zatrzymał. Tak też zrobił, a żółty pojazd podjechał pod jej nogi. Blondyna chaotycznym ruchem otworzyła drzwiczki taryfy i równie szybko w niej usiadła. Podała kierowcy adres, po czym oparła się o skórzaną tapicerkę z głośnym westchnieniem.

- Panienka do pracy? Słyszałem, że zaczynają tam o dziewiątej, a jest już jedenasta – zagaił młody mężczyzna z uśmiechem. Miał złociste włosy i oczy, wysoki i szczupły. Mógł mieć około dwudziestu pięciu lat.

- Nie. Do przyjaciółki – wysapała Reachel i przymknęła zmęczona powieki.

***

Brunetka przycupnęła na schodach prowadzących na pierwsze piętro budynku. Nogi miała podciągnięte i oplecione długimi rękoma, a na nich spoczywała broda. Spojrzenie przepełnione żalem i smutkiem wlepione było w okno, za który wiał silny wiatr. W powietrzu unosiły się płatki śniegu, każdy innego kształtu. Nagle dziewczyna poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Obróciła się zdziwiona do tyłu i ujrzała promienisty uśmiech należący do młodej kobiety, stojącej tuż za nią. Przybysz dołączył się do Laury i usiadł obok niej obserwując wirujące wśród podmuchów wiatru, śnieżne płatki.

- Przepraszam za Rossa. Pewnie cię nieźle ochrzanił – kobieta uśmiechnęła się lekko i spojrzała na brunetkę.

- Nie przepraszaj. Nic się nie stało, ale po prostu… Nie wie, co się kiedyś stało, więc niech mnie nie osądza – Laura znów powróciła do białego krajobrazu za oknem. Ton jej głosu był pusty, bez żadnych uczuć, emocji. Mimo to jednak jej oczy pokrywała łzawa powłoka.

- Rydel. Siostra Rossa – blondynka wyciągnęła dłoń w stronę Marano, której twarz przybrała niepojmujący wyraz.  Niemniej jednak uścisnęła rękę. Uścisk Lynchównej był mocny i zdecydowany, ale aksamitna skóra sprawiała, że z przyjemnością się jej dotykało. Uśmiech kojący i łagodzący jakiekolwiek smutki działał w tej chwili na Laurę jak antybiotyk.

- Laura. Marano.

- Dziwne, że te czubki się nie skapnęły. Przecież panieńskie Vanki to Marano.

- Tak, dziwne…

Blondyna widząc przygnębioną minę nowej znajomej szturchnęła ją lekko w ramię. Ona jakby się obudziła rozejrzała się zdezorientowana, aż w końcu jej wzrok utkwił w Rydel.

- Ja i bracia często się kłócimy. Kiedyś Ross wymyślił sobie, żeby sprawdzić, czy koty potrafią latać, tak jak w filmie. I sprawdził puszczając mojego Mruczka z dachu domu. Byłam na niego cholernie zła, ale w końcu mu wybaczyłam – uśmiechnęła się krzepiąco do Laury. Brunetka poczuła, jak ogarnia ją fala ciepła. Jak jej twarz zaczyna się czerwienić, choć nawet nie wiedziała czemu. Nie było zimno, a ona zaczęła się trząść. Ciągle zadawała sobie to samo pytanie: Powiedzieć?

Nagle doznała niby olśnienia. Przecież Rydel chciała, żeby poczuła się dzięki temu pewniej. Chciała jej pokazać, że choć nie zna jej dobrze, to może jej się wyżalić, a ona nikomu nie piśnie słówkiem. Od tego są przyjaciele, pomyślała Lau, jednak zaraz dopowiedziała sobie w myślach, ale na przyjaźń nie koniecznie trzeba czekać kilka lat. Czasem przychodzi do nas sama, znienacka. Przełamała się.

- Zrobiłam kiedyś coś strasznego, choć Vanessa mnie przed tym ostrzegała. A później… - jej głos się załamał, nie wytrzymała brzemienia łez i pozwoliła im swobodnie spłynąć po rumianych policzkach. Każde wypowiedziane słowo sprawiało, że sztylet w jej sercu coraz bardziej się zagłębiał. Przed oczami miała rodzinny dom, który nawiedzał ją każdej nocy od tamtego zdarzenia – Później stchórzyłam… Uciekłam… Zostawiłam ją samą… Zostawiłam – łzy przybrały za sile i dziewczyna wybuchła niepohamowanym płaczem. Pojedyncze kosmyki brunatnych włosów okalały jej twarz przyklejając się do niej pod wpływem słonej cieczy. Spodnie przesiąkły na kolanach, gdzie kobieta trzymała głowę. Tusz rozpłynął się tworząc na jej twarzy czarną ścieżkę, a rzęsy skleiły się ze sobą pod ciężarem łez.

Blondynka bez słowa przysunęła się do niej i mocno objęła. Szeptała co chwilę Csii, ale nie pomagało to ukoić zszarpanych nerwów Marano. Z każdą chwilą jej płacz przybierał na sile, jakby miała nigdy nie przestać . Jej twarz wyglądała strasznie, makijaż rozmył się zostawiając tylko stróżki na rumianych policzkach. Nos zaczerwieniał. Ale to nic w porównaniu z jej rozerwanym na strzępki sercem. Dawno, dawno temu straciła coś co było dla niej najważniejsze – miłość. A teraz, kiedy wszystko powoli się układało, kiedy jej życie zaczęło się uporządkowywać dopadło ją to, za czym tak bardzo tęskniło. Coś, co miało dodawać jej siły sprawiało, że była słabsza, momentami bezsilna. Bała się tego, że kiedyś nastąpi dzień, w którym przyjdzie jej zapłacić za tamte błędy, ale miała nadzieję, że będzie wtedy przygotowana. Ale ona się rozsypywała…

Nagle drzwi prowadzące do budynku otworzyły się. Do środka wparował nieprzyjemny powiew lodowatego wiatru, który zaświszczał w uszach młodych kobiet. Wtulone w siebie odwróciły wzrok, by ujrzeć zdruzgotaną blondynkę

***

- Jesteś mega idiotą, wiesz? – brunet spojrzał na przyjaciela z dezaprobatą i zniesmaczeniem jednocześnie i powrócił do gapienia się w ekran.

- A ty co byś zrobił na moim miejscu?– drugi zaczął nerwowo obgryzać paznokcie, ale widząc ubliżający wzrok bruneta szybko schował dłoń.

-  Na pewno nie nawrzeszczał. Jesteś dupkiem, Ross, tyle ci powiem – ostry jak brzytwa głos Setha zakłóciło chce chrząknięcie.

- Hej chłopaki – czarnowłosa kobieta dała znać o swojej obecności i uśmiechnęła się promiennie do katarynek. Nie wyglądała jak osoba, która pokłóciła się z mężem.

- Van? H-hej – wyraźnie zdziwiony jej obecnością Ross wygiął usta w niemrawym uśmiechu.

- Czemu jesteś dupkiem, Ross – Vanessa zaśmiała się krótko i z kobiecą gracją zajęła miejsce obok szwagra.

- Bo Seth to idiota. Co tu robisz? – Ross zmienił zwinnie temat nie wzbudzając podejrzeń pani Lynch.

- Posprzeczałam się nieco z Rikiem i musiałam ochłonąć – wyznała wzdychając. Unikała jego wzroku.

- To przez Laurę, prawda? Gdyby nie ona…

- Ona nie jest niczemu winna – przerwała gniewnie. Sama się sobie dziwiła, skąd u mniej ta złość.

Blondyn zmarszczył brwi. Nie rozumiał, co się wydarzyło pomiędzy tymi dwoma kobietami, ale był gotów trzymać stronę Vanessy bez względy na to, która z nich była poszkodowana.

- Zrobiła coś głupiego, racja, ale ja jako starsza siostra powinnam była ją zatrzymać. To, że uciekła… - gdy Vanessa zorientowała się, co powiedziała przeklęła cicho. Nie chciała wyjawiać, co się stało, a przed chwilką to zrobiła. Czuła się jakby zdradziła własną siostrę.

- Ona..?

- Och, chłopcy. Nie zrozumiecie. Chciałabym wam to wyjaśnić, ale zrozumcie, że nie mogę… Ale uważajcie na nią. Nie jest… taka, jak ją sobie wyobrażacie… - po czym wyszła. Bez słowa wyjaśnienia, opuściła pomieszczenie zostawiając osłupiałych chłopaków samych sobie.

Przez dłuższą chwilę żaden z nich nic nie mówił i wpatrzony w martwy punkt trawił słowa czarnowłosej. Miała rację. Nie rozumieli. Nic, kompletnie. Zwykłe „uciekła” nie było dla nich wyjaśnieniem tej zawiłej zagadki, choć już coś zrozumieli. To, co się zdarzyło nie było błahym problemem.

- Nie wiem, jak ty, ale ja już mam tego wszystkiego dość – przyznał z zniechęconą miną Seth.

- A co ja mam powiedzieć? To moja rodzina…

~*~*~*~*~
Alocha kochaneczki! 
Więc ja do was przybywam z rozdziałem i choć krótszym, niż ostatnio, to chyba nie nudnym, nie? Nie chciałam go psuć przedłużając, bo uważam, że jest ok.
Ode mnie to tylko na dziś 
Buziaczki 
~ Di


Walentynki już tuż, tuż...

Specjalnie dla Dellsona :D